Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Znęcanie się nad innymi
#1
Temat był poruszony na starej edycji, ale pomyślałem, że warto go umieścić również tutaj. Pewnie każdy z Was był przynajmniej obserwatorem znęcania się nad innymi. Szczególnie częste to jest w szkołach podstawowych i gimnazjach.

Mój koszmar zaczął się w momencie przybycia do gimnazjum. Choć na początku jeszcze nie było tak źle. Oczywiście stałem mono na uboczu, ale ludzie byli całkiem mili. Z czasem jednak zauważyli, że beznadziejnie gram w piłkę, mam w zasadzie zerową siłę i nie mam odwagi się postawić. Zaczynali dręczyć mnie coraz bardziej, a poczucie bezkarności tylko ich podsycało. Złośliwe komentarze, podstawianie nogi, niszczenie moich przedmiotów. Z czasem rozkręcali się coraz bardziej. Wymyślili sobie, że jestem gejem, bo nie mam dziewczyny i za każdym razem, gdy na kogoś spojrzałem, krzyczeli "Co się na mnie gapisz? Podobam Ci się?". To nie była jednodniowa zabawa, tylko stała reakcja przez kilka miesięcy. Wtedy uaktywniły mi się tiki nerwowe. Miałem je już w podstawówce, ale potem mi przeszły. Więc dzięki tym wspaniałym ludziom wróciłem do punktu wyjścia. W nerwowych sytuacjach nie mogłem powstrzymać intensywnego mrugania, co było dla nich świetną pożywką - "Nawet zalotnie mruga oczami". 

Kolejnym etapem masakrowania mojego poczucia wartości było wymyślenie przez nich, że homoseksualizm jest zaraźliwy, dlatego nie można się ze mną witać i przebywać, bo wtedy jest się skażonym. Gdy ktoś mimo tego chciał mi podać rękę, był przed tym intensywnie powstrzymywany. Gdy było już za późno, wtedy wyśmiewali tę osobę, że jest zarażona i do końca dnia zwykle nie chcieli mieć z nią jakiegokolwiek fizycznego kontaktu. Moje tiki się nasilały i z czasem rozbudowały się do całych grymasów twarzy. Zazwyczaj wyglądałem jakbym miał za chwilę się rozpłakać, a im bardziej próbowałem to powstrzymać, tym było gorzej. To właśnie wtedy stwierdziłem, że życie w tak ch... ciele jest bez sensu i najlepszym sposobem za zakończenie koszmaru będzie po prostu samobójstwo. 

Najlepsze w tym wszystkim było to, że grono pedagogiczne było po ich stronie. Gimnazjum miało politykę zamiatania problemów pod dywan, więc raczej próbowali zniechęcić mnie do jakichkolwiek działań, niż ukarać innych i rozdmuchać sprawę. Zgadnijcie, co wtedy słyszałem! Tak! "Nie przejmuj się", "Przecież to tylko żarty", "Gdybyś wiedział, co się dzieje w innych szkołach". Genialna pani pedagog zrobiła na godzinie wychowawczej lekcję, w której pytała każdego PRZY WSZYSTKICH o to, czy lubi swoją klasę i ktoś komuś dokucza. Co miałem powiedzieć, mając kompletnie zmasakrowane poczucie wartości i bojąc się innych? Skłamałem, że wszystko jest w porządku. Sprawa odhaczona. Klasa jest zgrana i grzeczna. A oprawcy gnębili dalej. Po jakimś czasie nawet dziewczyny się przyłączyły.

Takim sposobem zostałem w końcu zupełnie sam. Ten nieparzysty, który nie ma z kim robić "pracy w parach", a jak nauczyciel przydzielał mnie siłą, to musiałem się nasłuchać, jaki jestem beznadziejny i że nie chce ze mną pracować. W wielu sytuacjach ludzie specjalnie u mnie prowokowali grymasy twarzy i śmiali się z tego, jak wyglądam. Gdy zbliżał się koniec trzeciej klasy, mieliśmy na zakończenie tańczyć poloneza. Oczywiście żadna dziewczyna nie chciała ze mną tańczyć, co również było śmieszne dla kolegów. Przydzielano mi partnerki na siłę, które gadały, jaki jestem odrażający i okropny. Później zacząłem uciekać z tych zajęć, przez co miałem problemy. Na szczęście potem miałem operację, wiadomo było, że nie będzie mnie za zakończeniu, więc darowali mi nieobecności. 

Dlatego znęcanie się jest dla mnie bardzo mocnym tematem. Wiem jak to jest być samemu przeciwko całej klasie (jeszcze dwóm innym kolegom sporo dokuczano, ale oni również bywali wobec mnie bardzo podli). Szczerze mówiąc skręca mnie gdy widzę/słyszę, że ktoś komuś dokucza. Nie mogę tego tolerować.
Kupa spada do kibelka i robi plum! xD
Odpowiedz
#2
W okresie 5-6 klasy szkoły podstawowej miałem ciężką sytuację z klasą, która nie wiadomo skąd nagle zaczęła mnie wytykać palcami. To znaczy, było to tylko kilka osób. Niektóre osoby, mimo wygłupów tej "durniejszej" części klasy, lubiły się ze mną zadawać. Prawdopodobnie uczepili się tego, iż w tamtym wieku byłem wyjątkowo spokojną, bardzo nieśmiałą i niechętną do rozmowy osobą. Niejednokrotnie miałem tak, że na przerwach mnie lubili przezywać, zabierać mi plecak, wrzucać jakieś śmieci do niego. Gorzej było na wf'ach, na których byli w stanie wdawać się z innymi w bójkę, przez co sam musiałem wielokrotnie bronić się przed głupcami, aby nie oberwać po twarzy. Po lekcjach też potrafili łazić mi za plecami przez część drogi do domu, aby tylko dokuczyć mi w jakiś sposób. Ja miałem żelazną cierpliwość i ignorowałem ich (czasami zdarzało się komuś oberwać za to), lecz nie ukrywam, że z czasem zaczęło się to obijać na mojej psychice. Nie ogarniały mnie żadne tiki nerwowe, nie miałem żadnych odruchów, ale chorobliwie zamknąłem się we własnych myślach i stałem się wtedy strasznie małomówny. Rzadko kiedy odzywałem się do kogoś, co rodzice kiedyś zauważyli.

Mimo tego, iż człowiek się bronił, miał wtedy jeszcze zbyt słabą psychikę, aby ignorować cudze dokuczanie. W chwili obecnej odebrałbym to zupełnie inaczej, z dystansem. Na początku 1 gimnazjum też mi jeszcze dokuczano, ale po dwumiesięcznej przerwie zacząłem bardziej się bronić. Wtedy też zacząłem bardziej dojrzewać psychicznie i emocjonalnie. Jako że się broniłem, z czasem się znudzili. Rodzice też zauważyli moje nietypowe zachowanie, co zgłosili do mojej wychowawczyni z gimnazjum (muszę przyznać, że genialnie nadawała się na wychowawcę: interesowała się problemami uczniów i starała się pomagać, czyli coś, czego mało który wychowawca posiada. Niestety po naszej klasie zrezygnowała z wychowawstwa). Ona też w jakimś stopniu pomogła, bo w pewnych sytuacjach umiała nawrzeszczeć na klasę, co być może im też napełniło głowy olejem. W drugim semestrze 1 gimnazjum nagle tak jakby przestali mnie atakować, co było dla mnie zdziwieniem. W drugiej i trzeciej klasie zmądrzeli, dzięki czemu miałem święty spokój i mogłem chodzić spokojnie do szkoły.

Jaki z tego morał? Mimo tego, iż zniszczyli mi psychikę w podstawówce i dużo czasu zajęło mi naprawianie dziur, mam wrażenie, że bez tego być może nie byłbym takim człowiekiem, jakim teraz jestem. Przeczuwam, że to przestawiło mi co nieco w głowie, dzięki czemu zacząłem się interesować pewnymi psychologicznymi sprawami. Z czasem ludzie z internetu wielokrotnie stwierdzili, iż mam smykałkę na psychologa.

Także dzieci, tym razem ja zadam wam psychologiczne pouczenie:

Nie zawsze to, co kiedyś było dla nas złe, będzie za nami podążać i nas gnębić. Z pewnych rzeczy można wziąć pozytywne wnioski, co zalecam zrobić, jeżeli jest taka opcja. Wtedy zaczniesz na to patrzeć z innej, bardziej optymistycznej perspektywy.
Odpowiedz
#3
Znęcanie się nad innymi. Temat obszerny lecz w moim przypadku dość wąski.

W moim przypadku dość często najgorsze były i pozostaną pierwsze klasy nowych szkół. Najwięcej wyśmiewania z mowy, przedrzeźniania, droczenia się. Często z tego powodu trzymałem się bardzo ograniczonej ilości osób.
Podstawówka to pierwsze dwa lata koszmarek, potem się z owinąłem w skorupę zamykając na zbyt dalekie horyzonty, w czwartej klasie zaczęli akceptować ale bywały jeszcze śmieszki. W między czasie ojca znienawidziłem. 
Gimnazjum pierwsza klasa to totalny koszmar, dlatego zrobił mi się nawyk gdzie o wiele lepiej mi się rozmawiało z nauczycielami, no i pozostały osoby z podstawówki. Raczej nie gadałem z "kolegami z klasy", to był okres uprzejmości typu "masz krzywą mordę" itp. Dopiero w ostatniej klasie zacząłem się dogadywać, chociaż nadal były osoby uprzejme inaczej. Za to wychowawcę miałem mega.
Technikum. Niby szkoła średnia ale idiotyzmu nie brakowało. Pierwsza klasa ni ki ja. Ale wraz z biegiem czasu, zrobieniem się troszkę negatywnym na klasę to jakoś idzie. Do połowy trzeciej klasy technikum stroniłem od klasy wybierając zawsze ten sam schemat. Lekcji > Biblioteka i dom. Dzięki nieprzyjemnościom często nie dochodzę do szkoły. Mam dość nie mam ochoty się męczyć to po prostu nie jadę. 

Niestety przez te "rany" zrobiłem się dość samotny bo nawet tu na wiosce zrobiłem na tyle dużą barierę od rówieśników, że się jedynie przywitam lecz nie gadam, jedynie z jedną osobą na tle twórczym. Chyba że gadaniem można nazwać wymianę jednego rozwiniętego zdania. 
Osoby w klasie bardzo często mijałem jak ognia,  wyjątkiem w gimnazjum były 2 dziewczyny. 
Na koloniach pierwsze dni prawie wcale nie wymieniałem się słowem z osobami mieszkającymi w jednym pokoju.  Wyjątkiem były jedne kolonie gdzie panowie mnie nakręcili, a kolejne po ów rozkręconej już jakoś powodowało powolne lecz skuteczne otwieranie się na innych.
Efektami ubocznymi całej samotności i skorupy było to, że samoocena mi spadła i się chciało umierać. Do dziś mam syf, bo każda kłótnia pozostaje, każda czynność która choć odrobinę jest spierdolona. Wracam co jakiś czas i myślę "czemu to się wydarzyło", "co zrobiłem nie tak", nawet jeśli jest to czynność pozytywna w efekcie. Każde wspomnienie boli, a nienawiść do ciała jako więzienia duszy pozostawia rany niesklepione. Wspomnienia pozostają i one teraz gdy mnie mało kto gnębi przez charakter który sobie wyrobiłem w wredności, ranią najbardziej.
Co do otwarcia jeszcze. Służba w kościele przyśpieszyła otwarcie na świat, a jako organistę wręcz wymusiła rozmowy i kontakt z ludźmi. Zapewne w dużej mierze dlatego piszę, rozmawiam tu i jakoś pohamowań nie mam. I myśleć że trwa około to 3 lata

Może coś żem zapomniał, o czymś nie wspomniał. Ale to jest ogół całości mego życia
pozdrawiam Regiat
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości